środa, września 08, 2010

Co nowego w Edynburgu?

Wiele dobrego dzieje się u naszych przyjaciół w Polskojęzycznym Kościele w Edynburgu w Szkocji. Nie dość, że mają odświeżoną stronę internetową, na której można znaleźć najnowszy numer czasopisma CZaPKE, to jeszcze w najbliższych planach kilka świetnych spotkań, na które chciałbym zwrócić uwagę również czytelników naszego bloga.

Goście w Edynburgu:

Serdecznie zapraszamy na konferencję małżeńską, która odbędzie sie w naszym kościele w sobotę 18 września 2010 o godz.17.00.

Mówcy:

Antoni Dąbrowski – były prezydent Polish Family Ministries, pastor Polskiego Kościola Pełnej Ewangelii w Toronto (Kanada)

Lidia Dąbrowska - autorka książek z poradnictwa rodzinnego, w Polskim Radiu Toronto wraz z mężem prowadziła audycje pt.”Życie małżenskie”

Dzieciom małżeństw chcących uczestniczyć w konferencji zapewniamy wykwalifikowaną opiekę w sali obok.

Pastor Antoni Dąbrowski wygłosi także kazanie na naszym niedzielnym nabożeństwie, 19 września o 14.00.

oraz

Serdecznie zapraszamy na wykład na temat wychowania dzieci, który wygłosi Marek Kozłowski w sobotę 9 października 2010 r.

Marek Kozłowski był wieloletnim liderem młodzieży w Bydgoszczy oraz dyrektorem Duszpasterstwa Młodzieży (do 2005 r.). Był pastorem zboru w Kościerzynie i dyrektorem kościelnego Ośrodka Rekolekcyjnego „Patmos” w Wielu, gdzie przez wiele lat odbywały się zloty młodzieży. Obecnie jest pastorem zboru w Toruniu i członkiem prezydium Naczelnej Rady Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce. Jest ojcem siedmiorga dzieci.

Pastor Marek Kozłowski wygłosi także kazanie na naszym niedzielnym nabożeństwie, 10 października o 14.00.


Dodatkowo:

Mamy przyjemność poinformować, że Henryk Turkanik, znany polski biblista i wieloletni dyrektor Seminarium Biblijnego Kościoła Wolnych Chrześcijan w Jastrzębiu Zdroju będzie gościem Ferniehill Evangelical Church.

19 września 2010 (niedziela) o 11.30 wygłosi tam kazanie “Co Jezus uczynił” Mk 5:21-43, a o 18.30 będzie miał wykład biblijny “Powtórne przyjście Jezusa”.

Henryk Turkanik jest autorem takich książek jak:

  • “Powtórne przyjście Chrystusa”,
  • “Dekalog”,
  • “Księga Daniela”,
  • “Księga Objawienia”.

Serdecznie zapraszamy na oba wydarzenia, tymbardziej że nie kolidują one z naszym nabożeństwem głównym i kazaniem naszego gościa z Kanady pastora Antoniego Dąbrowskiego.

Ferniehill Evangelical Church mieści się w dzielnicy Gilmerton na rogu ulic: Ferniehill Road i Moredun Park View.


**********

I najlepsze na koniec - w maju w Polskojęzycznym Kościele w Edynburgu miał miejsce chrzest wodny sześciu osób. Zobaczcie krótki filmik z przebiegu :).

Etykiety: , ,

sobota, sierpnia 28, 2010

Sprawozdanie z drugiego wyjazdu do gminy Wilków

Autorem sprawozdania jest lider wyjazdu (i mój przyjaciel) Daniel Różański:

W zeszłym tygodniu ekipa z Gdańska wróciła z terenów popowodziowych (gmina Wilków). Niektórym może się wydawać, że taka pomoc to kropla w morzu i niedużo pomoże. Wręcz przeciwnie, spotkanie z panią Sołtys, praktyczna pomoc kilku rodzinom oraz poświęcenie jednego dnia na przywróceniu zdolności życiowej starszemu, schorowanemu małżeństwu pozostawiło wiele pozytywnych myśli, odczuć oraz nadziei na to że istnieje bezinteresowna pomoc bliźniemu.

Wiele mogliśmy pomóc innym i widzieć jak powoli zmieniamy wygląd ich domów czy podwórek, ale największe zmiany działy się w nas, wolontariuszach. Powódź 2010 - widok z telewizora nie oddaje tego, co się tam dzieje, zwłaszcza teraz 2 miesiące po powodzi. Inaczej jest ją dotknąć, poczuć i przebywać z tymi, dla których okazała się tak okrutna w swoim żywiole. Widok ludzi którzy stracili cały dobytek, uzmysławia, że nasze problemy czy narzekania są po prostu niczym.

Wracaliśmy do domu zmęczeni, ale jakże zadowoleni. Podziękowania osób którym pomogliśmy, w zupełności wystarczyły, aby nie mieć wątpliwości w to co zrobiliśmy w te kilka dni. Smutek i niedosyt jednak pozostał, wracaliśmy do naszych domów myśląc o ciepłej kąpieli, mając świadomość, że niektórzy z powodzian mają tylko miskę z zimną wodą.

Nie poprzestawajmy na tym wyjeździe, niech nasze sumienia nie będą zagłuszone! Pomagajmy dalej, tym którzy tej pomocy potrzebują. Zgodnie z tym, o czym czytamy w Biblii, że "król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście."

PS. Od Harry'ego - planujemy conajmniej jeszcze jeden wyjazd przed zimą (ekipa budowlana?) oraz zbiórkę ubrań i materiałów do paczek na święta.

Jeśli chciałbyś do tej inicjatywy dołączyć - skontaktuj się (nawyspy@gmail.com). Dziękuję.

Etykiety:

sobota, marca 13, 2010

Reportaż z wyjazdu misyjnego do Edynburga

Poniżej krótka impresja zdjęciowa z wyjazdu nr 17, do Edynburga. Mimo częściowo niesprzyjającej pogody - nasi dali radę! A czas koncertów rapera Koli, nabożeństwa, rozmów czy wspólnych posiłków rekompensował wszystkie trudności :).

Więcej zdjęć będzie można zobaczyć w Gdańsku 21 marca, kiedy będziemy dzielili się świadectwami Bożego działania z wyjazdu.









Etykiety: ,

środa, stycznia 20, 2010

Pozytywny raport na temat Polaków w UK

Oryginał z Guardiana, a tutaj reportażowa wersja polska.

Miło poczytać trochę umiarkowanych komplementów na temat postrzegania naszych rodaków w UK.

Etykiety:

czwartek, stycznia 07, 2010

Wideoreportaż z konferencji "Posłani przez Jezusa" (w Southampton)

O samej konferencji pisałem entuzjastycznie już zaraz po powrocie z Southampton, wczoraj natomiast, całkiem "przypadkowo" natknąłem się na kilka filmików wideo, które - przynajmniej w jakimś stopniu - pozwalają wrócić myślami do atmosfery konferencji.

Może nie wszystko zawsze dokładnie słychać, ale możliwość zobaczenia ponownie Pastora Mirka Szatkowskiego w akcji - jest bezcenna :).

Mam nadzieję, że zauważycie znane (lub nawet swoje własne) buźki ;).



Etykiety: , , ,

poniedziałek, listopada 09, 2009

Reportaż z Southampton

Trudno tak jeszcze na gorąco ogarnąć wrażenia z weekendowego wyjazdu do Southampton na konferencję "Posłani przez Jezusa"... ale jakoś spróbuję ;).

Przede wszystkim, zacznę od podziękowań:

* dla kościoła Southampton Community Fellowship i pastorostwa Paula i Janice Finn za ich wiarę i pomoc dla społeczności polskiej na południu Anglii oraz za wspaniałą gościnność.
* dla całej - wielkiej! - grupy polskiej z tego kościoła, prowadzonej przez Zbyszka Miklasza - współpraca z Wami to była czysta przyjemność! Cóż za organizacja, zaplecze socjalne i wszechobecne uśmiechy.
* dla pastora Mirka Szatkowskiego za pełną Ducha i inspiracji usługę w mocy
* dziękuję również Sławkowi i Romanowi za transport z/na lotnisko, wszystkim przyjaciołom, z którymi mogłem się ponownie zobaczyć, nowym znajomym z tylu nowych miejsc w UK.

To był piękny weekend - teraz tylko musimy wziąć to, o czym słyszeliśmy i zacząć działać! :)

Poniżej kilka impresji zdjęciowych z krótkim opisem:

Powyżej: widok z zewnątrz byłego anglikańskiego kościoła z 1881 r., w którym obecnie mieści się SCF.

Powyżej: w trakcie uwielbienia (w szczytowym momencie w sobotę, było na oko powyżej stu uczestników)

Powyżej: zespół uwielbiający, prowadzony przez Maćka

Powyżej: pastor Mirek Szatkowski w czasie kazania

Powyżej: bardzo istotne na konferencji rozmowy w przerwach - czyli świetna szansa na lepsze poznanie się i nawiązanie cennych kontaktów

Powyżej: Przypomnienie o darze, który otrzymują wszyscy "Posłani przez Jezusa", czyli pokoju, który przewyższa wszelki umysł

Etykiety: , , ,

środa, sierpnia 12, 2009

Pierwsze impresje z Droghedy

To na pewno tylko niereprezentatywna garść zdjęć, ale... lepiej trochę niż wcale :)

Na początku września będziemy mieli gotową prezentację, więc się wtedy wrzuci na bloga pełniejszą wersję.


Powyżej: historyczne wzgórze Hill of Slain, gdzie patron Irlandii - św. Patryk - rozpalił ogień, który był symbolem walki o ewangelizację tego kraju. Mieliśmy możliwośc wziąc udział w prayer walk'u w okolicach Droghedy. Niesamowite wrażenie!

Powyzej: gra na rogu shofar wśród ruin na Hill of Slain.

Powyzej: ujęcie z pikniku na plazy w Bettystown. Piękna pogoda towarzyszyła nam dokładnie w zaplanowanych (i przemodlonych!) godzinach pikniku! Pięc minut po szesnastej zaczęło ulewnie padac :).Powyzej: zabawy dla dzieci w czasie pikniku.

Powyzej: próba przed nabozenstwem w kościele Solid Rock w Droghedzie.


Powyzej: na nabozeństwie.

Powyzej: moje szczęścia :).
Powyzej: zdjęcie z grupą z kościoła St. Marks w Dublinie (oraz z Szymonem, naszym dzielnym kierowcą - pierwszy z lewej).
Powyzej: definicja szczęścia :).

Etykiety: , , ,

niedziela, marca 15, 2009

Reportaż z lutowego Edynburga

Podobnie jak w przypadku Doncaster, oto reportażowe podsumowanie lutowego wyjazdu misyjnego do Edynburga. Jak się świetnie domyślacie, to tylko kilka najciekawszych zdjęć więcej można znaleźć w galeriach Daniela oraz Ady. Zgubiłem do nich teraz linki, ale może sami załączą ;)

Spotkanie przy czymś polskim do zjedzenia oraz pokaz clowna Nochala.

A niżej - pomoc praktyczna w tygodniu: Robert (fryzjer) i Ada (manicure):

Poniżej: zdobywcy Siodła Artura:

Panorama starego miasta nocą:

Jedno z kilku wersji zdjęcia zespołowego. Ile aparatów, tyle wersji :)


Przyznam, że wyjazd do Edynburga był jednym z najweselszych w historii. Wiele pięknych nowych przyjaźni, przelanych łez i wspólnej pięknej pracy dla Królestwa Bożego.

Warto żyć dla takich chwil!

Etykiety: , ,

piątek, lutego 20, 2009

Edynburg - dzień pierwszy

Jak się okazuje dzięki zasięgowi wi-fi i laptopowi Daniela mamy możliwość bieżącego relacjonowania tego co się dzieje na naszym wyjeździe do Edynburga.

Wczorajszy dzień trwał dla nas 19 godzin, bo po wczesnym starcie (wylot o godz. 6 rano), dolecieliśmy do Glasgow, a stamtąd p. Krzysztof ze swoim Fordem Transitem zabrali nas do Edynburga. Na miejscu mieliśmy chwilę na poznanie miasta, aby zyskać jakąś orientację w zakresie samodzielnego poruszania się i po znakomitym obiedzie wyruszyliśmy zapraszać naszych rodaków na Dni Polskie.

Część zaproszeń wręczyliśmy osobiście na ulicach, część zostawialiśmy w sklepach i firmach polskich.

Wieczorem pojechaliśmy do naszych polsko-szkockich gospodarzy na nocleg.

Dzisiaj (piątek) mamy w programie kolejne zaproszenia i dwie sesje fryzjera-manicure. Jedna właśnie się zakończyła - mieliśmy kilka osób. Więcej jest zapisanych na wieczór.

Jest dobrze :). Pozdrawiamy!

Etykiety: ,

sobota, lutego 07, 2009

Impresje z Doncaster 2008/2009

Z nieukrywaną satysfakcją przedstawiam Wam twórczośc Jacka Niemca, który udokumentował wycinek naszych dwóch wyjazdów misyjnych do Doncaster - w październiku ub. r i tego ostatniego, ze stycznia br.

Wielkie gratulacje i podziękowania dla Jacka!

Zwróccie szczególną uwagę na wywiady nagrane w czasie ostatniej Uczty Polskiej.

Etykiety: ,

sobota, stycznia 24, 2009

Gdzie lepiej przetrwac...

Artykuł z Wyborczej sprzed bodaj dwóch dni.

Chciałbym prosic o opinię (krótko i na temat) czytelników z Wysp: wracacie niedługo, wracacie w ciągu 1-2 lat, nie wracacie w przewidywalnej przeszłości? Dlaczego? Dlaczego nie?

Dziękuję za opinie.

Etykiety:

środa, stycznia 21, 2009

Kościół zbudowany z ludzi


Powyżej: wspólne zdjęcie członków i sympatyków PMC (Irl. Płn.)


Natknąłem się dzisiaj rano na reportaż autorstwa Szczepana Cackowskiego (pozdrowienia!) na temat powstania i duchowego DNA (de-en-a) Polskiego Kościoła Misyjnego (ang. PMC) w Lisburn pod Belfastem w Wielkiej Brytanii.

Ponieważ nie jestem pewien jak długo tekst będzie "wisiał" w miejscu gdzie go znalazłem, pozwalam sobie wrzucić go tutaj:

**********
W okresie, gdy wielu deweloperów znajduje się na skraju bankructwa, a setki domów nie zostanie wybudowanych w ogóle, ten wyjątkowy projekt mieszkalny ma się dobrze. Co ciekawe, budowniczy twierdzą, że pozwolenie na budowę zostało wydane około roku 33 n.e. i mimo upływu lat wciąż jeszcze posiada ważność.

Gdyby spojrzeć na przedsięwzięcie z punktu widzenia business planu wszystko zaczęło się dość irracjonalnie. W dniu oficjalnego rozpoczęcia budowy, we wrześniu 2006 roku, jej budżet wynosił niespełna £200, a do pracy na zasadach wolontariatu zgłosiło się ok 15 osób.

Najdziwniejsze w tym wszystkim są jednak "materiały" z których konstrukcja została wykonana. Według ‘kierownika budowy’ Szczepana Cackowskiego, głównym surowcem użytym do jej powstania nie były cegły, czy kamienie, ale... Ludzie!

21 września 2008 roku ponad 130 osób świetowalo ukończenie kolejnego etapu prac budowlanych tej, mimo wszystko, jednej z najbardziej ‘typowych’ budowli w nowożytnych dziejach ludzkości. Mowa tu o kościele, a konkretnie o Polskim Kościele Misyjnym w Lisburn, który to właśnie tego dnia obchodził drugą rocznice swojego powstania. I zapewne nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że w jego skład wchodzą ludzie, którzy na codzien nazywaja siebie wiernymi różnych wyznań

Ten nietypowy, jak na warunki polskie kościół powstał zupełnie nieoczekiwanie. W wiekszości obce sobie osoby, pochodzące z całkowicie różnych środowisk, będąc w Irlandii Północnej doszły do wniosku, że najważniejsza dla nich nie jest etykietka jaka się posiada, ale osobista wieź z Bogiem. To właśnie dzięki pragnieniu wspólnej modlitwy i studiowania Pisma Świętego, zaczęto organizować spotkania dla wszystkich chętnych.

Mottem PMC (skrót od ang. Polish Mission Church) jest hasło ‘Kościół Zbudowany z Ludzi’. Wynika ono z nauczania Pisma Świętego, które w I liście Św Piotra 2:5 mówi, że każdy, kto wierzy w Jezusa Chrystusa, jest ‘żywym kamieniem’, który uczestniczy w budowaniu Bożej Świątyni, a tą jest Kościół. Każdemu Polakowi, mieszkającemu w Irlandii Północnej, kraju gdzie tak czesto podziały denominacyjne stoją ponad wzajemnym szacunkiem i miłościa do bliźniego, może wydawać się dziwnym, że pod jednym dachem spotykają się ludzie z różnych wyznań, a mimo to, udaje się im ‘dogadywać’ ze sobą nawzajem.

Czy jest możliwe, aby z kamieni o różnych wymiarach i kształtach cokolwiek zbudować?

Osoby, które przychodzą do Polskiego Kościoła Misyjnego wierzą, że tak. Ale jak twierdzą, do tego potrzebne jest coś jeszcze. Nie da się budować bez zaprawy, a tą według nich jest miłość. Dla wielu, PMC to miejsce, gdzie wspólnie starają się odkrywać i lepiej poznawać, co to znaczy kochać Boga i kochać swoich bliźnich.

Oprócz stałych bywalców z Lisburn do PMC zjeżdżają ludzie m.in. z Belfastu, Newcastle, Armagh a nawet Newry. Sam fakt powstania PMC oraz sposób w jaki ten ekumeniczny kościół działa na codzień odbił się echem w wielu miejscach w Polsce. Miejsce miały już nawet specjalne wycieczki z Polski, w których udział brali ludzie zaciekawieni fenomenem tego, co dzieje się w Lisburn przy ulicy Graham Gardens 1. W niedawnym wywiadzie Asia, osoba z Zielonej Górze zapytana: ‘Jakie są twoje odczucia na temat PMC z punktu osoby, która pojawia się tutaj od niedawna?’; powiedziała: ‘Podoba mi się to, że ludzie których tutaj spotkałam są naprawdę szczerzy. Oni nie przychodza tutaj żeby ‘zaliczyć’ kościół, ale to o czym mówią w niedziele jest też częścią ich życia w ciągu tygodnia.’ To chyba dokładnie to co o sobie chcieliby słyszeć przychodzący do PMC.

Kościół PMC jest otwarty dla wszystkich, niezależnie od ich przeszłości, stanu duchowego w jakim się aktualnie znajdują, czy planów jakie mają na przyszłość. Uczestnicy wierzą, że Jezus Chrystus umarł na krzyżu za każdego i nawet wiszący koło niego łotr, człowiek którym większość z nas mogłaby pogardzic, znalazł u Zbawcy przebaczenie i łaskę dzięki której umierając, mógł wiedzieć, że już nie musi bać się śmierci.

Jesli chcesz dowiedzieć się więcej na temat Polish Mission Church odwiedź stronę www.pmc.info.pl lub po prostu zawitaj w Lisburn. Spotkania PMC odbywają sie w każdą pierwszą i trzecią niedzielę miesiąca o godz. 19:00 na 1 Graham Gardens w Lisburn, BT28 1XE.

Etykiety: , ,

wtorek, grudnia 09, 2008

Reportaż z konferencji misyjnej "Pole to Pole" (i nie tylko)

Teraz kiedy patrzę z perspektywy choćby kilku dni na drugą połowę poprzedniego tygodnia, to jestem wdzięczny, że wszystko udało się tak pięknie połączyć i ze wszystkim zdążyć na czas. Było to nieco karkołomne zadanie, biorąc pod uwagę, że w ciągu 72h miałem trzy razy lecieć samolotem, być łącznie w sześciu miejscach i brać udział w pionierskiej konferencji.

Ale po kolei:

Środa, 3 grudnia, 2008

Wieczorny lot Wizzairem do Doncaster całkiem bez historii. Myślę, że to dobrze w przypadku lotów samolotowych ;). Kolacja u Angeli i Tony'ego Norrisów: u nas tak podane mięso nazywa się strogonow, w południowym Yorkshire natomiast - caserole :). Tak czy inaczej smaczne to było bardzo. Po dłuższej rozmowie z Tony'm kładę się spać z wyczekiwaniem konferencji następnego dnia.

(na zdjęciu po lewej: Angela i Tony Norris)


Czwartek, 4 grudnia


Poranek pełen zmian. Nie dość, że leje, i, jak się okazuje, jedziemy jednym samochodem (zamiast dwóch albo wcześniej awizowanego minibusa) , to jeszcze nie bardzo jest jak sie pomieścić z bagażami. Więc stoimy w deszczu i debatujemy :) (żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia). Dzięki dobremu sercu Ani (obecnie z Darlington), jakoś się mieszczę ja i mój bagaż i ruszamy w stronę Coventry. Na miejscu w mieście gościnny pakistański kierowca taksówki wskazuje nam dokładny adres miejsca, gdzie odbywa się konferencja.















Lekko spóźnieni wchodzimy na salę w czasie wystąpień wstępnych, ale atmosfera jest na tyle dobra, że, przynajmniej ja - czuję się jak ryba w wodzie. Jestem podeksytowany tym, jak szybko okazuje się, jak wielu ludzi z różnych wspólnot i denominacji chce rozpocząć pracę wśród Polaków w UK. Uczestników jest chyba ok. siedemdziesięciu, więc już na wstępie muszę się rozstać z palącym pragnieniem porozmawiania ze wszystkimi :). Nie zdążę.

W części krótkich prezentacji najpierw tłumaczę wystąpienie Bogusi (która spokojnie to samo mogła sama powiedzieć po angielsku i... pewnie powie, ale za rok :)). Jestem pod wrażeniem tego, jak ta dzielna dziewczyna rewolucjonizuje ludzkie myślenie na temat tego, co jest w życiu i służbie możliwe. Później krótko opowiadam o tym, co robimy my na Wyspach, zachęcam do intrakcji w czasie lunchu.

Ta konferencja to też świetna okazja do tego, aby spotkać się z ludźmi, których albo poznałem już wcześniej osobiście (Robert i Stewart z Edynburga), ale również poznać "na żywo" tych, których do tej pory znałem wirtualnie z netu (Krzysiek z Nowego Sącza, Łukasz z Eastbourne), czy wręcz nie znałem wcale (Szczepan z Lisburn, Magda z Leeds, Zbyszek z Southampton oraz przywódcy kościołów z UK). Aż szkoda, że ten dzień minął tak szybko.

Wieczorem jadę z pastorem Mike'iem Baraniakiem (z pochodzenia Ukrainiec) do Measham, kilkadziesiąt mil na północ od Coventry. Tam najpierw jem kolację w towarzystwie Krzysztofa Włodarczyka, który wraz z rodziną przeniósł się właśnie tam całkiem niedawno, a później nocuję w domu Mike'a. Mam okazję poznać obie rodziny, spędzamy dobry czas. Jestem niesłychanie zainspirowany ich wizją pracy wśród Polaków w swoim regionie.

(na zdjęciach: po lewej - Łukasz, po prawej - Magda)

Piątek, 5 grudnia

Po śniadaniu w domu Mike'a wyruszam na spacer po okolicy (Measham jest na tyle małe, że w pół godziny obszedłem w zasadzie całość miasteczka). Zwieńczeniem spaceru są odwiedziny w chrześcijańskiej księgarni, z której wychodzę z naręczem lektur. Lubie takie chwile :).

(po lewej: z rodziną Krzysztofa, tylko mały Adaś gdzieś się zapodział...)

Po lunchu "na mieście" w towarzystwie Mike'a, jego córki Amy i Krzysztofa, ruszamy do Birmingham na samolot do Dublina. Pada, ale spokojnie zdążamy na czas. Jak się okazuje na lotnisku, muszę się "tylko" dwukrotnie przepakować, żeby osiągnąć właściwą wagę w obydwu bagażach: nadawanym i podręcznym. Bedka, w końcu było się (przez rok) w zuchach, nie? ;)

(na zdjęciu po prawej: Mike i ja)

Następne półtorej godziny spędzam w zatłoczonym co do miejsca samolocie Ryanair, który stoi na pasie startowym, bo załoga nie może się doliczyć pasażerów. Robi się gorąco, więc kiedy wreszcie odrywamy się od ziemi, wydaje się, że lot do Dublina trwa tylko pół godziny. Przynajmniej mnie się tak zdawało, a byłem wzmocniony kanapką z kurczakiem i dwoma mikroskopijnymi puszkami pepsi. Takie puszki, to tylko w samolotach...

Wieczorem na lotnisku w Dublinie odbiera mnie Tomek i zawozi do Donabate, przeuroczego osiedla (?) na przedmieściach stolicy Irlandii. Tam właśnie mieszkają Marta, Tomek, Mateuszek i maleńka Esterka (na zdjęciach poniżej). Fajnie było ich odwiedzić po tych kilku latach!



Sobota, 6 grudnia

Po śniadaniu ruszamy na poszukiwania domu pastora Nicka Parka z kościoła Solid Rock w miejscowości Drogheda. Jak się okazuje pastor jest bardzo mocno przeziębiony, ale i tak znajduje ponad dwie godziny dla mnie na dobrą rozmowę na temat przyszłości działań misyjnych w ich rejonie Irlandii. Wygląda na to, że w maju lub czerwcu rozpoczniemy współpracę :).

Wspólny czas z rodziną Chowańców kończymy na placu zabaw w niezwykłym parku w okolicy. Poszalałbym bardziej gdyby nie trzeci w ciągu trzech dni ból głowy, ale i tak było wyśmienicie.

W ogóle podoba mi się ta Irlandia... :). Tomek mówi, że jak świeci słońce, to to jest "Wyspa Marzeń", a jak ja byłem to pogoda była piękna :).

Wracam do domu bardzo zadowolony z wyjazdu, praktycznie pod każdym względem: konferencyjnym, relacyjnym, organizacyjnym. Jestem bardzo wdzięczny Bogu za pragnienie, które wzbudza niezależnie w sercach wielu ludzi. Pragnienie docierania z Ewangelią i praktyczną pomocą do serc Polaków w UK.

Jest pięknie :).

Etykiety: , , , , ,

środa, października 15, 2008

Protestantów też Bóg kocha :)

Artykuł ten znalazłem na stronie zaprzyjaźnionych z nami chrześcijan z serwisu polskairlandia.eu

Ponieważ nie wiem, jak długo będzie dostępny lokalnie na tamtym serwerze, pozwoliłem sobie wkleić go tutaj. Być może komuś z naszych rodaków w Irlandii pomoże odnaleźć drogę do Jezusa i/lub chrześcijańskiej społeczności.


PROTESTANTÓW TEŻ BÓG KOCHA?

W Irlandii kościoły katolickie zamyka się, ponieważ świecą pustkami. Na ich miejscu powstają biura i dyskoteki. W zamian, jak grzyby po deszczu, na Wyspie rosną kościoły protestanckie (ewangeliczne), w tym polskie zbory zielonoświątkowców i baptystów.
Wystarczy ich przez chwilę posłuchać, aby przekonać się, że wiary mają więcej niż całe narody.

Zagrożenie
Irlandia, podobnie jak Polska jest krajem na wskroś katolickim, w jednym i drugim przypadku ludzie często kojarzą przynależność do kościoła katolickiego z przynależnością do narodu. Mimo to coraz mniej wiernych uczestniczy w niedzielnej mszy świętej. To, że kościół katolicki w Irlandii przeżywa kryzys nie ulega wątpliwości. Jak głęboko on sięga, trudno jednoznacznie określić, sytuacja różni się w zależności od regionu. Kościoły katolickie zamyka się, bo coraz mniej z nich pożytku. W pokościelnych budynkach powstają dyskoteki, puby, które przynoszą zyski. W odróżnieniu od katolickich zapełniają się kościoły - najogólniej mówiąc - protestanckie.

Ten zły
W Irlandii protestantyzm nie kojarzy się dobrze. Dlaczego? Wyspiarze łączą protestantyzm głównie z ekstremistami z Irlandii Północnej, którzy przez lata prześladowali katolików. Tu z kolei była oczywista więź z protestantyzmem Korony brytyjskiej – dawnego okupanta. Ich ofiarą padały domy prywatne, a nawet kościoły. Do rozejmu ogłoszonego w 1994 roku nielegalne bojówki protestanckie w Irlandii Północnej zabiły ponad 900 osób, z czego większość była katolikami. Stąd też niechęć Irlandczyków do protestantów. Przy czym nie odróżniają „protestantyzmu” brytyjskiego od właściwego nurtu wywodzącego się od Lutra. A przecież jedną z niewielu wspólnych cech tych dwóch nurtów jest nieuznawanie instytucji papieża.

Beata Ożga, ze zboru Zielonoświątkowego w Polsce, na początku swojej przygody z Dublinem trafiła do Zielonoświątkowego Kościoła St. Marks. Kiedy powiedziała witającemu ją w drzwiach bratu, że jest protestantką, ten odrzekł, że protestantów Bóg też kocha. Nie spodziewała się takiej reakcji – Od tamtej pory zapytana o wyznanie odpowiadam, że jestem chrześcijanką i myślę, że ludzie to lepiej rozumieją. Nic więcej nie muszę tłumaczyć – mówi. Okazuje się więc, ze tutejszy zbór także odróżnia te dwa zupełnie odmienne nurty, ale w skali Polski i Irlandii ta świadomość odrębności, to raczej rzadkość.

Jak powstaje polska Wspólnota Zielonoświątkowa w Dublinie
Wśród Polaków przybywających do Irlandii są osoby z różnych Kościołów Chrześcijańskich. Zaczynają się tworzyć polskie Ewangeliczne Wspólnoty Chrześcijańskie, przy czym najliczniej polscy protestanci (nie mylcie już więcej z brytyjskimi) spotykają się w kościołach St. Marks i Cornerstone w Dublinie. Okazało się, że tworzą całkiem sporą grupę. – Spotkaliśmy się jednego dnia i stwierdziliśmy, że należy stworzyć polski zbór (tzn. społeczność), ponieważ większość z nas nie zna dobrze angielskiego i z nauk w kościołach irlandzkich niewiele korzysta – mówi lider grupy, Zdzisław Cwynar. – Dla Ewangelicznych Chrześcijan ważne jest regularne budowanie i umacnianie więzi z Bogiem. Wspólnie stworzyli międzywyznaniowy, ponieważ nie ograniczający się wyłącznie do Zielonoświątkowców, jak na razie nieformalny zbór polskich chrześcijan w Dublinie. –

Na początku przez wiele miesięcy spotykaliśmy się pod gołym niebem, najczęściej w parku w Trinity College. Od września 2006 dzięki życzliwemu zainteresowaniu pastora Seana i tutejszej społeczności mamy salę w kościele St. Marks, gdzie spotykamy się w każdą niedzielę o godzinie 15.00. Modlimy się, śpiewamy, poruszamy interesujące nas tematy, nie tylko religijne. Rozmawiamy o radościach i troskach, które dotykają nas w życiu codziennym. Oprócz tego uczestniczymy w nabożeństwach irlandzkich – kontynuuje Zdzisław Cwynar. Grupa ciągle się rozrasta, członków wspólnoty przybywa. Jak twierdzą liderzy polskiej grupy z St. Marks, kiedy dochodzi do dyskusji, robi się zamieszanie, dlatego konieczna jest modernizacja sposobu prowadzenia spotkań. – Jest nas za dużo, aby mogło się to dalej sprawdzać. Będziemy raczej szli w kierunku wykładania Słowa Bożego przez jedną osobę. Zaczęliśmy też słuchać płyt z wykładami uznanych polskich nauczycieli szkół Biblijnych – dodaje Dominik. Poza tym wszystkie nabożeństwa są nagrywane i mamy możliwość tłumaczenia ich „z płyty” osobom słabiej rozumiejącym angielski. Zresztą przygotowujemy się do tłumaczenia na żywo kazań z nabożeństw irlandzkich – na razie dla kilkunastu osób.

Chcą więcej
Coniedzielne spotkania, podczas których mogą słuchać Słowa Bożego w języku polskim to już dużo. – Regularny rozwój duchowy jest dla nas bardzo ważny. Doceniamy to, że irlandzcy chrześcijanie wychodzą nam naprzeciw, pomagają nam, ale marzeniem jest, aby stworzyć Polski Kościół Ewangeliczny, a może nawet Zielonoświątkowy w Dublinie. – mówi Beata. – Współpracujemy z kościołem St. Marks, udzielamy się jako członkowie tego zboru, uczestniczymy w nabożeństwach, ale chcielibyśmy być „na swoim”– dodaje. – Trudno jest utrzymać grupę, która się powiększa – kontynuują wspólnie. – Nie spotykamy się tylko po to, żeby się modlić i śpiewać, w tym musi też być nauka Słowa Bożego, dlatego chcemy, aby prowadził nas ktoś w pełni odpowiedzialny – dodają. Z rejestracją kościoła muszą poczekać na pasterza z powołaniem. Kiedy to nastąpi? Mają nadzieję, że do końca przyszłego roku, może szybciej.

Polonijne zbory protestanckie
Na całym świecie działają polskie zbory zielonoświątkowe. Podstawową potrzebą jest posiadanie pomieszczenia, w którym mogą odbywać się spotkania, przy czym nie koniecznie musi to być kościół. Kościół Cornerstone (tzn. kamień węgielny) spotyka się w budynku należącym do basenu, często w tym celu wykorzystuje się też szkoły, centra biznesowe, itp.

Z wizytą

Z wizytą do Dublina przyjeżdża pastor z Bielska-Białej, ale także Ewangelista i były Naczelny Prezbiter Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce (inaczej biskup) i przewodniczący na grupę wschodnią – Michał Hydzik. – Pastor przyjeżdża w czwartek 21 czerwca i zostaje do poniedziałku 25 czerwca. Do dyspozycji polskich chrześcijan będzie w sobotę i niedzielę – mówi Beata.
Główny cel wizyty to wsparcie Polonii ewangelicznej w Irlandii oraz głoszenie ewangelii. Michał Hydzik będzie też miał okazję spotkać się i porozmawiać z irlandzkimi pastorami.

Michał Hydzik jest znany w kręgach protestanckich wśród Polaków, nie tylko w Kościele Zielonoświątkowym – Ma ogromne doświadczenie duszpasterskie. Szeroko znane są owoce jego służby Słowem i darami Ducha Świętego (m.in. wiele uzdrowień za sprawą jego modlitw). Nie trzeba go nikomu przedstawiać – mówi z przekonaniem Beata. – Ewangelizacje odbędą się w sobotę i w niedzielę. Spotkanie niedzielne rozpocznie się o godzinie 14.30 i potrwa 2,5 godziny. Na ten dzień zaplanowany jest koncert muzyczny grupy z Dublina oraz Portlaoise, gdzie przy zborze zielonoświątkowym również spotykają się Polacy.

Kim oni są?

Na świecie jest ich ponad 150 milionów. Niestety wciąż najmniej w Europie, dlatego wielu z nas może ta liczba szokować. Ale cóż, „chrześcijańska” Europa stała się najbardziej agnostycznym kontynentem w obecnym czasie.

Na początku nie było jednolitej doktryny zielonoświątkowej. Wynikało to z tego, że Boża odpowiedź na szczere, „usilne” modlitwy o zesłanie Ducha Świętego przyszła w wyniku prostej wiary w obietnice zapisane w Biblii. Zresztą we wszystkich chrześcijańskich przebudzeniach doświadczenie łaski Bożej poprzedzało doktrynę. Dzisiaj jest inaczej – na całym świecie jest tysiące szkół biblijnych, uniwersytetów, seminariów. Są jednak pewne różnice, co do interpretacji i zastosowania niektórych obietnic Biblijnych. Zielonoświątkowcy odwołują się do Pisma Świętego, jako jedynej podstawy wiary. Najistotniejszymi punktami ich nauki są: konieczność nawrócenia, odrodzenia przez Ducha Św., chrzest Duchem Św., co wiąże się „napełnieniem mocą Bożą” do życia w pobożności. Istotną cechą Zielonoświątkowców jest forma głośnej modlitwy (indywidualnej i wspólnej) w czasie nabożeństw. Często modlą się i uwielbiają Boga w nieznanych językach jak za czasów Dziejów Apostolskich. Często też objawiają się inne dary Ducha Św., w tym proroctwa. - Zazdroszczę im, że umieją się w taki sposób modlić, i że otwierają się w czasie modlitwy. Jednocześnie przyznaję, że glosolalia (mówienie w nieznanym języku przyp. red.) przyprawia mnie o dreszcze – opowiada Ania Kluk, świadek modlitwy Zielonoświątkowców.

Nabożeństwa w Kościele Zielonoświątkowym koncentrują się na kazaniu (wykładzie Sowa Bożego), uwielbieniu i czczeniu Boga śpiewem i modlitwami. Wszystko odbywa się w przyjaznej i radosnej atmosferze. Na zakończenie jest zaproszenie do modlitwy w intencji wszystkich potrzebujących szczególnego „dotknięcia” przez Boga – czy to uwolnienia, czy uzdrowienia, czy odbudowania. – Nie występujemy przeciwko żadnemu z Kościołów, wspólnot czy organizacji chrześcijańskich. Szanujemy ich autorytety, jesteśmy też otwarci na współpracę z nimi. Ktoś, kto ma coś konkretnego, dobrego, nie musi się dowartościowywać kosztem krytyki innych – mówi Roberto Karpik z polskiej wspólnoty przy St. Marks Church.

Protestant, czyli kto?

Protestanci to bardzo szerokie określenie, w skład którego wchodzą tradycyjni Ewangelicy (Luteranie, Kalwini, Husyci, Baptyści, Metodyści, Zielonoświątkowcy, a także inne mniejsze wspólnoty wywodzące swoją wiarę bezpośrednio i jedynie z Biblii). Kościół protestancki pochodzi od Lutra, osoby, która jako pierwsza publicznie powiedziała, że zbawienie można osiągnąć poprzez łaskę i wiarę w Chrystusa, a nie spełnianie dobrych uczynków. Tym stwierdzeniem zaprotestował przeciwko pewnym nadużyciom doktrynalnym w swoim kościele (Rzymsko-Katolickim).

Protestantyzm to wiara oparta wyłącznie na Piśmie Świętym, dlatego nie uznaje nieomylności papieża oraz kultu Maryi i świętych. Społeczność zielonoświątkowa nie ma przywódcy o władzy papieża, tylko biskupa, który jest człowiekiem służby – rozpoznanym w ciągu długoletniej, owocnej pracy wśród wiernych.

Zielono mi, czyli skąd nazwa?

Według Pisma Świętego 50 dni po Zmartwychwstaniu, czyli w dzień żydowskiego święta plonów (Zielonych Świąt – wskazujących na Boże błogosławieństwo obfitości) pierwszych 120 osób dostąpiło łaski zesłania Ducha Świętego. Znakiem było to, że przemówili w obcych językach. Po kazaniu wygłoszonym przez Apostoła Piotra nawróciło się i przyjęło Jezusa, jako Mesjasza i Zbawiciela, 3 tys. pobożnych Żydów.
– Wierzymy, że Bóg nie zmienił się przez te 2000 lat. Doświadczamy Go, wiemy, że jest obecny tak samo, jak wtedy – tłumaczy Beata.

Nowożeńcy

Małżeństwo według zasad Kościoła Zielonoświątkowego nie jest traktowane jako sakrament w rozumieniu rzymsko-katolickim, jest zawierane przez ślubowanie i modlitwę nowożeńców oraz modlitwę i błogosławieństwo duchownego. – Moja, w całości rzymsko-katolicka rodzina była zachwycona ślubem w duchu protestanckim – opowiada Aleksandra Doktor-Janka, która niedawno się w pełni się nawróciła do Jezusa Chrystusa. Z Danielem pobrali się w Kościele Zielonoświątkowym w Polsce kilka tygodni temu. – Moja rodzina jest bardzo konserwatywna, jeżeli chodzi o religię. Kiedy dowiedzieli się, że „zmieniłam wyznanie” nazwano mnie Arabką – dodaje – te religie wydały im się pokrewne. Na szczęście cała ceremonia bardzo im się podobała, uznali też, że nigdy nie słyszeli lepszego kazania. Nawet babcia nie powiedziała słowa krytyki, co w jej przypadku znaczy więcej niż najlepsza pochwała – tłumaczy młoda mężatka.

Tradycyjni Katolicy nie znają wiary od strony osobistej bliskości z Bogiem, bezpośredniości, które są obecne w Kościele Zielonoświątkowym. Wielu katolików traktuje swoją wiarę, jak dodatek do narodowości, rzecz nabytą i tak oczywistą, że nie szuka bliskiej relacji z Jezusem przez Ducha Św., bez której – według biblijnych zasad Kościołów ewangelicznych, nawrócenie i stanie się chrześcijaninem nie jest możliwe. Jednak trzeba wiedzieć, że od końca lat 60-tych są przy kościołach katolickich grupy typu „odnowa w Duchu Św.”, a wcześniej ruch „Światło i życie - Oaza”, gdzie osobista relacja z Bogiem-Duchem Św. przez nawrócenie, przeżycia duchowe oraz dary Ducha Św. są akcentowane i przeżywane. A zaczęło się od tego, że Watykan żywo zainteresował się ruchem zielonoświątkowym do tego stopnia, że zaproszono ówczesnego lidera Kościoła Zielonoświątkowego do kancelarii Watykanu, gdzie miał wyjaśnić podstawy doświadczeń zielonoświątkowych. W końcu David du Plessis był jedynym niekatolickim gościem na II Soborze Watykańskim. Efektem tego był, m.in. dekret, że „Kościół na nowo musi przeżyć swoją Pięćdziesiątnicę” (zesłanie Ducha Św., czyli Zielone Święta). To zapoczątkowało ruchy odnowy w Duchu w łonie Kościoła Katolickiego.

Kto się nawraca?

Wielu z nich było wcześniej nominalnymi katolikami. – Nawróciliśmy się do Jezusa Chrystusa już w Polsce, chociaż jest wśród nas kilka osób, które spotkało Boga na swojej drodze tutaj – mówi Dominik Gaweł. Na pytanie czy można przejść na wiarę protestancką z dnia na dzień, odpowiadają, że tak, chociaż oni tak tego nie nazywają– My, przede wszystkim przychodzimy do Chrystusa, a zmiana wyznania nie jest już tak ważna – przekonuje Dominik. – Można należeć do naszego Kościoła przez całe życie i nie zostać zbawionym, ważna jest osobista relacja z Chrystusem, bez której nie ma prawdziwej, szczerej wiary i nawrócenia – dodaje. Relacje z Bogiem zostały zepsute przez grzech, dlatego Jezus przyszedł na świat, żeby te relacje odnowić, płacąc swoją śmiercią za nasze grzechy i zsyłając Ducha Bożego do naszych serc. Dzisiaj wszyscy, jako nawróceni, mamy czystą kartę u Boga, każdy z nas może przystąpić do stołu Pańskiego i odejść obdarowanym, stać się przyjacielem Boga. Chcemy powiedzieć wszystkim, że życie to nie jest gonitwa za pieniędzmi, za używkami – tłumaczy Dominik – tylko chodzenie z Bogiem.

Nie piją, nie palą

Bo nie potrzebują. Już nie potrzebują. Wiele osób z kościołów ewangelicznych w przeszłości miało problem z alkoholem lub narkotykami i innymi uzależnieniami. Wielu tez było ciężko chorych, a nawet opętanych duchowo. Wielu nie mogło sobie poradzić w życiu. Nawrócenie przyszło do nich jak ostatnia deska ratunku. – Zanim stałem się chrześcijaninem byłem ateistą, znerwicowanym i schorowanym narkomanem – mówi Roberto – Przez 22 lata od nawrócenie i uwolnienia, mak jest dla mnie wciąż taką samą roślina jak każda inna, nie budzi we mnie narkotycznej pokusy. Dalej lubię wszystkie ciastka z makiem, nie mam z tym żadnych przykrych skojarzeń, jak moi koledzy po kuracji Monaru – dodaje. - Poza tym Bóg uzdrowił moją bardzo zniszczoną wątrobę przez jedną modlitwę oraz nałożenie na nią rąk wierzących braci.

Wiele osób wspomina, że nawróciło się w trudnym dla siebie momencie. – Byłam, uzależniona od kart, wróżb, horoskopów. Przybrało to nawet znamiona choroby – opowiada Beata Ożga. – Wraz z nawróceniem wszystko minęło. To jest moc Ducha Św., która jest w stanie wyrwać z nałogu.

Co dają wspólne spotkania?

Coniedzielne spotkania w kościele St. Marks to szczególny czas, kiedy możemy spotkać się z Bogiem. Razem doświadczamy czegoś naprawdę cudownego – mówi Dominik. – Oczywiście każdy z nas może modlić się w domu, ale we wspólnocie jest inaczej. Jest pełniej, bo w ciele Chrystusa jesteśmy „członkami jedni drugich”. Kościół to nie budynek, ale ludzie mający Ducha Chrystusa - dodaje.

Ważna jest też przynależność do grupy, której członkowie myślą i czują podobnie. – Cieszę się, że zobaczę wszystkie te osoby, że one przyjdą spotkać się z Bogiem, ale też ze mną, i że będę mógł opowiedzieć im o swoich radościach i troskach, a dzięki wysłuchanej modlitwie poczuję się lepiej – mówi Dominik.

Beata opisuje swój przypadek. – W zeszłym tygodniu prosiłam, aby pomodlono się o pracę dla mnie. I co się stało? Poszłam na interview i dostałam pracę, której tak naprawdę długo nie szukałam. W tym tygodniu prosiłam, aby pomodlono się o nowy dom dla mnie i dla mojej rodziny. I dom się znalazł. Landlord spośród wielu wybrał nas i właśnie odebrałam klucze – mówi z zadowoleniem. Przychodzimy na te spotkania czasem przygnębieni, czasem schorowani. Modlimy się wspólnie jeden o drugiego, wspieramy się nawzajem. I wierzymy, że Duch Święty będzie czynił cuda...

Dorota Zdrojewska



Etykiety: , ,

czwartek, września 18, 2008

Rok 2007 na Wyspach

Podsumowanie roku 2007 tym razem z perspektywy tego, o czym pisała Gazeta.pl w dziale związanym z emigracją do UK.

Najciekawsze informacje dla tych, którym nie chce się przy takiej pogodzie za długo czytać:

Ratownicy: "Serco, jedna z największych brytyjskich firm w branży rekreacyjnej chce zatrudnić polskich ratowników. W całej Anglii prowadzi ponad 200 basenów i aquaparków. Ratownicy Śląskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego zyskali w Serco taką renomę, że Anglicy chcą zatrudnić tylko ich."

Górnicy: "Wygląda na to, że na podbój angielskiego rynku pracy rusza kolejna grupa zawodowa - górnicy. Do tej pory wybierali oni raczej pracę w czeskich kopalniach (pracowało tam 4 tys. Polaków), ale odkąd u naszych południowych sąsiadów pogorszyły się warunki płacy i pracy, zainteresowanie słabnie. Pierwsi górnicy byli kuszeni wysokimi (14,6 funta za godzinę) zarobkami. Spowodowała to niesamowita koniunktura na węgiel. W czerwcu, 26 polskich górników zaczęło dziesięciotygodniowy kontrakt w kopalni Daw-Mill niedaleko Coventry."

"Wykształciuchy": "Instytut ARC Rynek i Opinia zbadał polskich emigrantów na Wyspach Brytyjskich i okazało się, że na wyspy jeżdżą głównie..."wykształciuchy". W podsumowaniu badań eksperci piszą, że ich sondaż obala mit o polskim emigrancie jako słabo wykształconym człowieku ze wsi. - Najczęściej wyjeżdżają ludzie młodzi. I to wcale nie pochodzący ze wsi, jak dotąd sądzono, ale z mniejszych miast."

Gdzie się osiedlamy: "Opublikowany zostaje raport Brytyjskiego Narodowego Biura Statystycznego (ONS), które donosi, że Polacy coraz rzadziej decydują się na osiedlanie w dużych miastach, a szczególnie w Londynie, który był dotąd głównym punktem docelowym. W poszukiwaniu pracy, nasi rodacy zapuszczają się w bardziej odległe zakątki wyspy przenosząc się na angielską prowincję. Rośnie liczba ogłoszeń oferujących pracę na angielskich farmach i większych zakładach przemysłowych. Rynek pracy w dużych miastach, takich jak Londyn czy Birmingham, jest już nasycony - pracę mogą tam znaleźć niewykwalifikowani pracownicy fizyczni lub wyższej klasy menadżerowie. Poza tym rosną koszty utrzymania, szczególnie w stolicy kraju."

Etykiety:

wtorek, września 09, 2008

Podsumowanie działań na budowie w Pruszczu


Okiem pastora tamtejszego kościoła, Mirka Nogaczewskiego:

Pobyt grupy pracowników z kościoła Xcel Church w Newton Aycliffe w Anglii przyspieszył w znaczny sposób postęp prac na budowie budynku KZ “Pojednanie” w Pruszczu Gdańskim. W ostatnim tygodniu sierpnia położona została izolacja i ogrzewanie podłogowe w głównej sali (brawo Derek i Douglas!), pomalowane zostały dwie salki do szkółki (2x Christine, Elisabeth – one są niezmordowane!), przygotowane ściany do położenia glazury w łazienkach (mocny Darren) oraz zbudowana drewutnia na drewno kominkowe (szef Tim oraz Brian, Richie, Steven, John i Stewart – Dzięki!).


Jesteśmy im bardzo wdzięczni za włożenie tak wielkiego wysiłku w to piękne dzieło. Każdy z nich włożył nie tylko swój czas i pracę, ale również wiele serca, nie mówiąc o koszcie podróży.


Część grupy przez czas swojego pobytu w Pruszczu Gd. mieszkała w domach osób z naszej
społeczności, druga część w hotelu. Razem mogliśmy spędzać popołudnia na grze w siatkówkę
(na boisku przy budynku), a wieczorami odwiedzać ciekawe miejsca. Najbardziej emocjonującym
wieczorem był czwartek, kiedy graliśmy w piłkę nożną na nowo otwartym boisku pruszczańskiej Faktorii (niestety Anglia, w której sam gościnnie występowałem, przegrała w ostatnich sekundach 9:10!).

Pozdrawiam,

Pastor Mirosław Nogaczewski

Etykiety: